Zobacz też:






wzór bocianów i gęsi dzikich, nałożył ogromne opłaty od paszportów za granicę. Jednak nie dopiął swego celu; wprawdzie dużo ztąd wpływa do skarbu pieniędzy, ale popęd nie tylko, że nie ustał, coraz silniejszym się staje. Dla czego? Jeżeli owoc zakazany najsmaczniejszy, po nim z kolei idzie ten, co najwięcej kosztuje.
Razu pewnego w jesiennej porze Michał Feliński z panem Mattei przechadzając się po tarasie Brühlowskim rozmawiali o malarstwie. Rozmowa musiała być zajmującą, nie uważali bowiem na to, co się dokoła nich działo, czasami tylko rzucali okiem na roztaczający się po drugiej stronie Elby krajobraz z Nowym miastem przed sobą, z Finleterem i Hirszem ginącemi w oddaleniu pomiędzy winnicami obciążonemi dojrzewającym owocem. Już mieli wracać do miasta, kiedy Poliński usłyszał swoje nazwisko wymówione dźwięcznym głosem kobiecym; odwrócił się, a przywitany miłym uśmiechem, poznał hrabinę Nowodworską.
Michał Poliński od wyjazdu Andrzeja z Warszawy, hrabinę stracił był z oczu, nie żyjąc na wielkim świecie, nie ciekawy, nie wiedział co się na nim działo. Nie pochwalał wprawdzie ścisłych stosunków zachodzących pomiędzy nią a bratem, jednak ich raptowne
zerwanie tak nagłym wyjazdem, niewdzięcznością ze strony Andrzeja mienił.
Spojrzawszy na wychudłą i bladą twarz hrabiny, dostrzegł śladów cierpienia i uczuł w sobie współudział, w sercu odezwało się politowanie. Odprowadziwszy ją do domu, cały wieczór u niej przepędził; i przez cały wieczór ona nie wymówiła ani razu imienia Andrzeja, on nie wspomniał o nim. Jeżeli to był fortel z jej strony; jego postępek tchnął szlachetną delikatnością; ona go jeszcze kocha, pomyślał on. Chciałby, abym o tamtym zapomniała, pomyślała ona. Podobno mylili się oboje! Nazajutrz hrabina Nowodworska miała z Drezna do Warszawy wyjeżdżać. Kiedy wsiadając do pojazdu na znak pożegnania podała Michałowi rękę, a on ją do ust przyłożył i puścił, gdyby był nie puścił?..... Ona byłaby
nie wyjechała, a on? nie podnośmy lepiej zasłony, nie odgadujmy, coby w podobnym razie było nastąpiło !
Przepędziwszy więcej roku w Dreznie, Michał Poliński udał się do ojczyzny Rembrandtów i Van-Dy ków, zatrzymał w Antwerpii i Diisseldorfie chcąc poznać szkołę flamandzką, poczem zwiedziwszy po nad brzegiem Renu cały szereg średniowiecznych zamków, udał się przez Szwajcaryą do Włoch właśnie
wtedy, kiedy je Andrzej Poliński przez Tyrol i Wiedeń opuszczał. Dwaj bracia jeszcze się z sobą napotkać nie mieli.
Artysta kiedy po raz pierwszy wstąpi na włoską ziemię, uczuje to, co uczuł badacz staroźytności zwiedzając dawnych świątyń Grecyi zwaliska, błąkając się po rumowiskach Niniwy i Balbeku, podziwiając piramidy egipskie dumnem czołem dotąd roztrącające chmury; uczuje to, co uczuł miłośnik nauk przyrodzonych skoro się ujrzał wśród stepów i dziewiczych amerykańskich lasów; to, co uczuł żołnierz przechodząc przez pobojowisko Austerlitzu, Friedlandu, Mozajska; uczuje to, co uczul wędrowiec zastanawiający się nad marnością i znikomością ludzkich zamiarów, jeżeli go kiedy zbłąkany okręt zaniósł do skalistych brzegów Świętej Heleny.
Włoska kraina! owa kolebka sztuk pięknych, kędy się wyniańczyły, wychowały, wzrosły, rozwinęły w siłę i potęgę, a teraz idąc w lata, nieco się ku starości nachylają: wdziękiem i powabem nęciły młodzieńca. I czemuż, kiedy spuszczając się ze stromych Alpów jeszcze okrytych śniegiem, ujrzał kraj cały usłany zielonością i kwiatem, zamiast oznaki wesołości, zamiast radosnego okrzyku, wydobył z piersi westchnienie, jak dziecko skoro ujrzy dzienne świa-