Dwaj bracia artyści : zarys życia towarzyskiego XIX wieku (Potocki Leon) str. 4
szczenią, ten, że tak powiem, drugi chrzest człowieka! Bo jeżeli pierwszy z pierworodnego grzechu nas oczyszcza, drugi otwiera wrota wieczności wtedy, kiedy życie stygnąć się zdaje, a zbliża się chwila, w której dusza od ziemskich uwolniona więzów już chce wracać zkąd początek wzięła.
Dopełnieniem chrześciańskich obowiązków wysilony starzeć odpoczywał, ustały bole, lżej oddychał, jakaś niezwykła swoboda, błogość, spokój przesilenie w chorobie zwiastować się zdawały, i istotnie zbliżała się przesilenia chwila, śmierci nad życiem, duszy nad ciałem, tego co go tam czekało nad tem co tu wycierpiał. Obok niego sędziwy kapłan modlitwy odmawiał, i synowie klęcząc prosili Boga za ojcem i stary Wojciech z niemi, bo wszakże i on do tejże samej rodziny należał! Godzina szła za godziną, noc przemijała! Z pierwszym brzaskiem poranku choroba na nowo się wzmogła, gorączka coraz była silniejszą. Starzec kazał odsunąć parawan zasłaniający okno, chciał raz jeszcze wschód jutrzenki obaczyć, a gdy pierwsze promienia słońca oświeciły pokój, wpatrywał się w nie, nie z żalem opuszczającego, ale jakby z radością witającego nowe życie. Nie długo to trwało, bo ostatnia walka długo trwać nie mogła. Wyczerpane siły wątleć poczęły, ojciec skinął na
Dopełnieniem chrześciańskich obowiązków wysilony starzeć odpoczywał, ustały bole, lżej oddychał, jakaś niezwykła swoboda, błogość, spokój przesilenie w chorobie zwiastować się zdawały, i istotnie zbliżała się przesilenia chwila, śmierci nad życiem, duszy nad ciałem, tego co go tam czekało nad tem co tu wycierpiał. Obok niego sędziwy kapłan modlitwy odmawiał, i synowie klęcząc prosili Boga za ojcem i stary Wojciech z niemi, bo wszakże i on do tejże samej rodziny należał! Godzina szła za godziną, noc przemijała! Z pierwszym brzaskiem poranku choroba na nowo się wzmogła, gorączka coraz była silniejszą. Starzec kazał odsunąć parawan zasłaniający okno, chciał raz jeszcze wschód jutrzenki obaczyć, a gdy pierwsze promienia słońca oświeciły pokój, wpatrywał się w nie, nie z żalem opuszczającego, ale jakby z radością witającego nowe życie. Nie długo to trwało, bo ostatnia walka długo trwać nie mogła. Wyczerpane siły wątleć poczęły, ojciec skinął na
dzieci, chciał do nich mówić, już nie mógł, sieroty przycisnął do serca, spojrzał żegnającem okiem na Wojciecha, wyciągnął rękę, westchnął i skonał, a ręka błogosławiąca bezwładnie obok niego upadła, i zegar na ścianie godzinę bić zaczął, sprężyna pękła, zegar się zatrzymał!
W małym drewnianym wiejskim kościółku żałobne odbywało się nabożeństwo Nie było tam próżnej wystawy, niepotrzebnego wytworu, lecz było skromnie, ubogo, pobożnie. W pośrodku kościoła na katafalku spoczywała trumna czarnym kirem okryta, a na niej godła wojskowego stanu. Przed trumną na wezgłowiu dwa żołnierskie krzyże, jedyna nagroda kilkudziesięcioletniego zawodu, nieraz okupiona krwią własną. Do koła paliło się światło. Kościoła niezapełniał tłum ciekawych, cisnący się zazwyczaj jakby na widowisko jakie; nie było też i pusto, bo cicha i poczciwa cnota ma rozgłos pomiędzy poczciwemi ludźmi, a kto jej za życia hołd oddawał, ten i po śmierci przyjdzie oddać ostatnią posługę, za umarłym się pomodlić. Koledzy, sąsiedzi, wieśniacy napełniali Pański przybytek, a pomiędzy niemi któż po tym wewnętrznym i prawdziwym żalu nie poznał pozostałych sierot, nie dostrzegł starego Wojciecha; wszakże i on teraz pozostał sam jeden na ziemi! Msza żałobna
W małym drewnianym wiejskim kościółku żałobne odbywało się nabożeństwo Nie było tam próżnej wystawy, niepotrzebnego wytworu, lecz było skromnie, ubogo, pobożnie. W pośrodku kościoła na katafalku spoczywała trumna czarnym kirem okryta, a na niej godła wojskowego stanu. Przed trumną na wezgłowiu dwa żołnierskie krzyże, jedyna nagroda kilkudziesięcioletniego zawodu, nieraz okupiona krwią własną. Do koła paliło się światło. Kościoła niezapełniał tłum ciekawych, cisnący się zazwyczaj jakby na widowisko jakie; nie było też i pusto, bo cicha i poczciwa cnota ma rozgłos pomiędzy poczciwemi ludźmi, a kto jej za życia hołd oddawał, ten i po śmierci przyjdzie oddać ostatnią posługę, za umarłym się pomodlić. Koledzy, sąsiedzi, wieśniacy napełniali Pański przybytek, a pomiędzy niemi któż po tym wewnętrznym i prawdziwym żalu nie poznał pozostałych sierot, nie dostrzegł starego Wojciecha; wszakże i on teraz pozostał sam jeden na ziemi! Msza żałobna
się zakończyła, odśpiewano requiem, a nim zwłoki wyniesiono na wieczny spoczynek, czcigodny proboszcz z ciężkąścią na ambonę wstąpiwszy, drżącym i wzruszonym głosem przemówił; przeszedł w krótkości cały bieg życia zmarłego, całe pasmo nieustannego poświęcenia się dla drugich, zapomnienia o sobie, zdanie się na woię Najwyższego. I słowa jego były jasne jak prawda, silne jak przekonanie, poruszające jak te łzy, które starzec nad grobem starca wylewał. Nie o podał od kościoła, wśród brzozowego lasku pochowano na sniętarzu zwłoki Józefa Polińskiego. Minęła jesień, zima, nastąpiła wiosna, a tak jak się wszystko na świecie zaciera, zacierać się zaczął ślad niedawno usypanej mogiły; obrosła trawą, nie jeden nawet kwiatek na niej zakwitnął, krzyż tylko wznosząc się nad nią wskazywał miejsce ostatniego spoczynku, a przechodzący obok wieśniacy odmawiali wieczne odpocznienie!
Józef Poliński, potomek dawnego szlacheckiego domu, urodził się w Lubelskiem w ostatnich latach panowania Augusta III. Ojciec jego Rafał, rotmistrz kawaleryi narodowej, dawny wojak, jeżeli niezapamiętał Szweda, czynny miał udział podczas siedmioletniej wojny, nie raz się za hajdamakami po ukraińskich stepach uganiał. Z przekonania przywiązany
Józef Poliński, potomek dawnego szlacheckiego domu, urodził się w Lubelskiem w ostatnich latach panowania Augusta III. Ojciec jego Rafał, rotmistrz kawaleryi narodowej, dawny wojak, jeżeli niezapamiętał Szweda, czynny miał udział podczas siedmioletniej wojny, nie raz się za hajdamakami po ukraińskich stepach uganiał. Z przekonania przywiązany
do stronnictwa saskiego, skoro Poniatowski wstąpił na tron, opuścił wojskową służbę. Pierwszy związek konfederacyi barskiej ujrzał go znowu na koniu. Po kilkoletniej wojaczce, konfederacya przytłumioną została, a kto mógł, powrócił do domu. Odtąd Rafał zamknął się w Leśnejwoli, małej wiosczynie, jedynej pozostałości ze znacznej ojcowizny; ale nie długo odpoczywał po znojach. Już nie młody, nie jedną naznaczony blizną, podupadły na zdrowiu i na duchu, w rok później wstąpił do grobu, zostawiwszy żonę i małoletniego syna. Józef Poliński wychowany starannie przez matkę, zaledwo z lat dziecinnych wyszedł, zaledwo poczuł się młodzianem poszedł śladem wskazanym przez ojca, chwycił za oręż, i usłudze ojczyzny życie swoje poświęcił. Po rozbiorze kraju utraciwszy matkę, ożenił się i na wsi osiadł. Spokojne domowe pożycie rokowało mu szczęście: młoda, przystojna i poczciwa żona, dwóch synów, skromny ale wystarczający przy pracy kawałek chleba, i czegoż więcej potrzeba dla człowieka, któren już dużo wycierpiał a na małem przestawać umie. Ale przejście nasze na tym padole jest tylko próbą, opatrzność ciągle nas doświadcza, bo kto po nagrodę idzie, godnym jej stać się powinien; próby zaś, przez które Józef Poliński miał przechodzić, dopiero się zaczy-


