Zobacz też:






Włoch na Francyą., po raz pierwszy zawitała do Paryza, gdzie poprzedzona rozgłosem swojej chwały z największem uniesieniem przyjęta, została. Kiedy występowała na scenie, sala Opery włoskiej zostawała w oblężeniu, przepłacano bilety, dobijano się, proszono, błagano o miejsce, każdy chciał słyszeć słynną primadonnę, a kto raz usłyszał, nie przestawał na tem, nigdy dosyć nie miał. Z obojętnością Adelina przyjmowała hołdy, do których przyzwyczajoną była, cała zajęta przygotowaniem przedstawienia nowej Polińskiego opery, "Bereniki". Dokończył jej jeszcze w Neapolu, za radą i pomocą Rossiniego. pod natchnieniem ulubionej kochanki. Czuła ona niedokładność dzieła, ale wziąwszy na siebie samej Bereniki rolę, uczuciem, głosem i sztuką chciała słabsze miejsca pokryć, a pewna swego, uniesienie publiczności śpiewaczce należne zlać na autora, ozdobić go wieńcem przygotowanym dla siebie.
Zaledwo Andrzej Poliński ujrzał się w Paryżu, znalazł tam wielu współziomków, a w ich liczbie z największą radością księcia Hilarego powitał. Raz pomiędzy swojemi po kilkoletniej nieobecności w kraju mogąc znowu ojczystym językiem rozmawiać, odezwały się w sercu wspomnienia, znalazła się moie tęsknota. I kiedy z rodakami przepędziwszy dzień
cały, wybierał się do domu, gdzie przez dzień cały czekała na niego Adelina; jeszcze zatrzymywany: "Muszę do domu wracać, " wymawiał z żalem, i po raz pierwszy od trzech lat mus się znalazł, dał uczuć, przecisnął się przez usta. To co się w nim działo, chciał jeszcze ukrywać przed sobą i przed tą, która przed oczami mu stała, jak wyrzut sumienia, ale napróżno. Mężczyzna kiedy kocha, niczego się nie domyśla, nic nie widzi, kobieta kiedy kocha, nie tylko, że wszystko dostrzega, ale odgaduje, przeczuwa.
Podówczas Francya, po długoletnich rozruchach, zaburzeniach i wojnach, już była doszła do tego odpoczynku tak koniecznego dla nadto zmordowanego ciała, do tego fizycznego i moralnego letargu następującego zwykle po gwałtownej gorączce, do tego wyżebranego pokoju, jak kiedy umierającemu z głodu miłosierdzie rzuci kawał chleba. Dnie zwycięztw i chwały minęły, nastały dnie upokorzenia i wstydu. Napoleon skonał w angielskiej niewoli, Ludwik XVIII panował we Francyi. I kraj cały po tylu krwi rozlewie chociaż odetchnął, łzy otarł, rany zagoił, powróci! zarazem do dawnych przesądów, zabobonów, o ćwierć wieku w tył się cofnął.
Z Ludwikiem XVIII, powróciła cała dawna arystokracya, niepoprawiona nieszczęściem, ale z większemi
jeszcze wymaganiami jak dawniej, z coraz to bardziej zastarzałemi wyobrażeniami o rzeczach, z coraz to większą pogardą dla niższych, z nieznośniejszą dumą dla siebie. Pomiędzy tą tak nazwaną kastą, margrabina de Montralais niczaprzeczenie pierwsze trzymała miejsce. Ojciec jej zginął na rusztowaniu niewinną ofiarą przywiązania swojego do prawego monarchy; nie znała go, bo we trzy miesiące dopiero po jego zgonie na świat przyszła. Zagranicą przez matkę wychowana, tam za mąż poszlą, tam matkę i rnęża straciła. Wdowa od lat kilku, zaledwo się na rodzinnej ziemi ujrzała, rozumem, intrygą i protekcyą, największą część rodzicielskiego i mężowskiego majątku odzyskała. Margrabina osiadłszy w Paryżu, pałacu swojego podwoje otworzyła dla tych tylko, którzy od czasów krucyat ród swój wywieść są w stanie, dla dyplomatów wszystkich narodów, dla cudzoziemców odwiedzających stolicę cywilizowanego świata i dla słynnych artystów szukających opieki. Mogła mieć około lat trzydziestu, ale z doświadczeniem drogo może nabytem, ze znajomością świata, z tym dowcipem francuskim tak podobnym do sztucznego ognia fajerwerku, łączyła głowę przepełnioną ogromem przeczytanych romansów, serce zmrożone od pierwszej młodości niektóremi zasadami Voltaira, dotąd