Zobacz też:






na pomoc w najgwałtowniejszej nawet potrzebie, dumę mężczyzny obraża. I tu Adelina z tem spostrzeżeniem, z tą przezornością, z tym instynktem delikatności jej płci właściwym, dała sobie radę. Poznawszy od razu, że Andrzej pomimo pięknego głosu, biegłości, nigdy wielkim artystą nie będzie, chciała brak zastąpić wziętością mody, tym szałem a raczej uraganem wszystko porywającym z sobą. Wiedziała Włoszka, że  skoro głos, utwory muzyczne, a szczególniej osoba Polińskiego wziętości nabędą, wejdą w modę, powodzenie jego nieochybne, otwarta karyera; wiedziała, ze w takim razie, zadowoloną miłością własną podniecony, odda się pracy, praca oddali od niego przesycenie, stłumi nudę, nie dopuści tęsknoty i da mu sposób uczciwy utrzymania się przyzwoitego. Chociaż przekonana była o jego wzajemności, był to jedyny sposób zatrzymania go, kiedy nie na zawsze to przynajmniej na długo.
Dom Adeliny w Neapolu był otwartym dla całego artystycznego świata, w nim się napotkać mogłeś z pierwszemi europejskiemi talentami, a zarazem i z całą arystokracyą hołdującą sztukom pięknym. Andrzej Poliński,  młody, ładny, wesoły, przedstawiony przez Adelinę jako Polak przymuszony oddalić się z własnego kraju dla politycznych powodów, pozbawiony
majątku, korzystający z wrodzonych zdolności dla utrzymania pierwszych potrzeb życia, najpochlebniejszego doznał przyjęcia i wnet od wszystkich polubionym został. Rossini wziął go pod swoją opiekę, dal mu udział w koncertach, za jego staraniem towarzystwo muzyczne przyjęło go za członka, a muzykalny dziennik pod jego wychodzący dyrekcyą, mianował go swoim współpracownikiem.
Już kilka Polińskiego aryi śpiewano we wszystkich salonach Neapolu, kilka pomniejszych oper oklaskami okryto. Tak jak niegdyś sławny skrzypek Durand chcąc nazwisko swoje ukryć przezwał się Duranowskim, Andrzej Poliński chcąc się dać poznać, pod nazwiskiem Andrea Polini występował w zawodzie artysty, a ta która mu do chwały utorowała drogę, cieszyła się w głębi serca swojem dziełem.
Adeliua stósownie do kontraktu zawartego z dyrekcyą teatru San Carlos, pobierała 10, 000 skudów rocznej płacy prócz koncertów i trzymiesięcznego co rok urlopu, podczas którego do Londynu jeździła. W stolicy Wielkiej Brytanii zdumiewała Anglików, oddających hołd tak wielkiemu talentowi, otaksowanemu po sto gwinców za każde przedstawienie; a jeżeli w procencie musiała im co wieczór "God save the king" zaśpiewać, wtedy wyspiarze do najwyższego
stopnia zachwycenia doprowadzeni, okrywali ją grzmotem oklasków albo jej wtórowali w monstrualnym chórze.
Już trzy lata mijały, jak Andrzej Poliński dla Adeliny opuścił ojczystą ziemię, zerwał związki krwi, przyjaźni, koleżeństwa, zmienić musiał te nawyknienia które z nami rosną, wyzuć się z tego wszystkiego co mu się niezbędnem do życia zdawało, obcą mowę sobie przyswoić, do nowych zwyczajów nawyknąć, nowe znajomości zawrzeć, opuścić swoich aby źyć z obcemi. Ale mu miłość zastępowała wszystko: on u nóg kochanki całą przeszłość składał, całą przyszłość poświęcał; on dla niej o świecie i ludziach zapominał. Ze gwałtowna namiętność wszystko roztrąca, mąci, zaciera, a odbierając zmysły nie zostawia nawet pamięci, rozumiem; bo czemże jest, jeżeli nie wyuzdaną burzą powstałą w sercu człowieka. Ale burza trwać zawsze nie może, burza ucicha, namiętność ostyga, powraca pamięć, z nią dawne wspomnienia, z nią tęsknota za tem cośmy zostawili za sobą. I wtym niedawno jeszcze dziecinnym młodzieńcu wielkie już zachodziły zmiany. Ów jasnowłosy, niegdyś nazwany Kupidynkiein, już nabrał męzkości i siły. Twarz jego tak biała, tak rumianna, ogorzała od południowego słońca; spoważniał myślami, zesmu-
tniał doświadczeniem. Po tych nieraz ociężałych powiekach, pokrywających piękne niebieskie oczy, spostrzegać się zdawało znużenie: były to ślady tej nawałnicy, która w przelocie swoim przez życie, niewinności barwę zdziera, budzi z marzeń, złudzenie rozwiewa; jak kosa gdy łąkę zetnie, zostaje jeszcze pod spodem zieloność, ale kwiatów nie ma.
Na początku jesieni po letnim skwarze, zaczynano świeżego używać powietrza, zaczynano oddychać na nowo. Słońce oddawna już było zaszło, księżyc w całym swym blasku oświecał miasto, Wezuwiusz i morze. Uroczy widok przed oczami się rozwijał; gdyż Neapol widziany w nocy zda się snem tego coś za dnia podziwiał. Na ganku jednego z domów obróconych ku Śródziemnemu morzu mężczyzna w fantastycznem, lekkiem ubraniu, z małą czapeczką karmazynową na głowie, siedział, a raczej leżał w wygodnem krześle! Gęste tylko kłęby dymu, dobywające się z długiego cybucha, wznosząc się w górę, świadczyły, że jest oddech, więc musi być życie. Obok niego kobieta, cała w bieli ubrana, opierała się o kamienną balustradę, podobną była do posągu z kanaryjskiego marmuru.
Po niejakim milczeniu: "Adelino, " rzekł Andrzej,