Zobacz też:






bem lub w szałasie, zawsze obok siebie, zawsze razem. Po dawnem niewidzeniu się, skoro napotkasz kolegę szkolnego, przywitacie się uprzejmie, podacie sobie rękę; napotkasz się z towarzyszem broni, uściskacie się serdecznie, a nieraz aż łzy zakręcą się w oczach. Takie to powinowactwo zachodziło pomiędzy kapitanem Bogdańskim a majorem Drużbackim, taka ich przyjaźń łączyła. Często się odwiedzali na wzajem, wtedy dalej o dawnych czasach prawić, a powtarzając zawsze niby to samo, zawsze jednak mieli sobie cos' nowego do powiedzenia. Chociaż z jednego zapatrując się stanowiska, jednego byli sposobu myślenia, pomimo tego w jednej rzeczy nigdy się zgodzić nie mogli, jeden na krok nie ustępował drugiemu. Druźbacki służył w piechocie, Bogdański w kawaleryi.
"Mów co chcesz," wołał Drużbacki, "nie masz jak bagnet"..
"Lanca pierwszą bronią, na świecie, - odpowiadał Bogdański. "piechota idzie do szturmu, kawalerya do szarży."

"Piecliota rozbija."
"Kawalerya dogania."
"Piechota rozstrzygam"
"Kawalerya wygrywa."
"Czy Napoleon byłby wziął Saragossg?" zapytał major kapitana.
"A z piechotą czyby zdobył wąwóz Samosiera," odpowiadał kapitan.
Tę tak często powtarzającą się sprzeczkę kończył zawsze major temi słowy: "Tak się ma piechota do kawaleryi jak Napoleon do Murata. "   Na ten argument już kapitan słów nie miał, wołał tylko: "Maryniu! nałóż mi Fajkę."
I Marya równemi nogami skoczywszy, biegła dopełnić jego woli, Michał nieraz jej w tem dopomagał; a starzy z lubością spoglądając na nich ukradkiem, uśmiechali się do siebie.
"Piękna para!" powtarzał nieraz Drużbacki pocichu.
"Niechim PanBógbłogosławi!" dodawał Bogdański.
Marya w całem znaczeniu wyrazu była piękną polską dziewicą! z tym jasnym a nie jaskrawym włosem, z tem ciemno-szafirowóm okiem, któremu odbicie chociaż niewlasnych jeszcze ale już cudzych cierpień coś tęsknego nadawało, z tym niewinnym uśmiechem, z tym wyrazem spokojnego sumienia! Czoło jej tak białe, tak czyste, tak pogodne, że po niem widzieć można było przechodzące myśli! Średniego wzrostu, zgrabna, hoża, w każdym jej ruchu była swoboda, było życie, w każdej myśli niewinność, w każdem
uczuciu serce! Jeżeli Michał w niej dostrzegał urzeczywistnienie przez siebie wymarzonej piękności, znajdował ją taką, jaką sobie anielską wyobrażał dobroć. A z nim cóź się działo ? Kochał, odpowiecie mi na to. Być może, ale sam jeszcze o tem nie wiedział. Czuł w sobie jakąś zmianę, ale się jeszcze nie zastanowił nad nią: czuł tylko, że przy niej było mu dobrze, wesoło, bez niej źle i smutno; czuł to, co w lat kilka później nasz wieszcz temi wyraził słowy:

Kiedy cię widię, nie wzdycham, nie płaczę,
Nie tracę zmysłów kiedy cię obaczę;
Jednakże gdy cię długo nie oglądani,
Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam,
I tęskniąc sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie? 1)

Są kwiaty, które zaledwo z porankiem rozkwitnięte, już z wieczorem więdnieją i nikną. Jest miłość, która za pierwszym rzutem oka, jakby elektryczną iskrą dotknięta, w jednej chwili się zapala, błyśnie płomieniem, pożar sprawi i gaśnie. Cóź po niej pozostaje? obojętność, czasami gorżkie wspomnienie, rzadko kiedy uczucie przyjaźni. Lecz skoro z rzetelnego ocenienia do przywiązania przechodzimy, nie dostrzegamy nawet kiedy serce prędzej bić zaczęło, zkąd się wzięło

------------------------------------------
1) Adama Mickiewicza.
kochanie. Ta miłość najtrwalsza, a jeżeli i ona z czaseni ostygać musi, zostawia po sobie szacunek i przyjaźń. Michał Poliński coraz uprzejmiej przyjmowany przez kapitana Bogdańskiego i jego córkę, wolne chwile od pracy u nich przepędzał, stał się prawie domowym. Marya piękny głos miała, jakże uroczo nasze narodowe pieśni śpiewała, z Jakimże zachwyceniem on ją słuchał. Nie źle rysowała, on ją uczył, rysunki poprawiał, wrodzone zdolności rozwijał. Jakże im mile duie schodziły! ale dzień niejest rokiem, rok nie jest życiem całem. I Michał zastanawiał się nieraz nad tem co będzie, cała przyszłość roztaczała mu się przed oczami. Już czuć zaczynał czego mu do szczęścia nie staje, a wiedział, że przedewszystkiem myśleć powinien o ustaleniu swojego bytu, o zapewnieniu przyszłości. Nie bogaty, pozostać tylko miłośnikiem sztuk pięknych, było dla niego niedostatecznym; on artystą chciał i musiał zostać. Póki żył Dacciarelli, widząc jego postępy, zagrzewał go do wytrwałości, do pracy, dodawał ochoty, miłość własną podbudzal, obszerny zawód chwały przed nim rozwijał. Chociaż doskonałość jest jedynym celem artysty, ileż to dróg odmiennych, szczególnie w malarstwie, do niej prowadzi! ileż to rodzajów malarzowi zostawionych do wyboru! Poliński długo się wahał, ktorą drogą pójdzie,