Zobacz też:






grzeczności, gdyż do przyjaźni niezaprzeczone ma prawo. Mieszkam na Faworach, w moim własnym dworku, i spodziewam się, że mnie odwiedzisz, ze mi tej miłej sercu mojemu przyjemności nie odmówisz.
Nazajutrz major Drużbacki, wzdłuż i w szerz się przechodził po pokoju Polińskiogo, podczas gdy ten malował. Stary wojak milczał, ale widać było na jego ogorzałej twarzy wewnętrzny niepokój i oburzenie. Gęste brwi marszczył; wąsy nielitościwie mordował.
"Nic tak było za moich czasów, " odezwał się po niejakim czasie. "Stan wojskowy był konfraternią honoru, przed frontem subordynacya największa, w domu koleżeństwo braterskie, w publicznym miejscu jak w kościele. Obyczajność, przyzwoitość, szczerość i prostota, tym się żołnierz zalecał, tym stan swój uszlachetniał, podnosił. Jeżeli się brud jaki znalazł, to się krył po nocy, bo prawda przemawiała jeszcze do serca, a blask słońca jeszcze winnemu twarz okrywał rumieńcem wstydu. Inaczej się teraz dzieje, napastować kobietę w ogrodzie, w dzień świąteczny, to nie po żołniersku, to nie po polsku.
Uspokój się majorze, odpowiedział Michał, "co się stało, odstać się nie moie. Są to wyjątki, z tego o całości sądzić nie można. Dałem mój adres tym
panom, wiedzą co mają robić, i lada chwila czekam na ich wezwanie. "
Jakto, i tybyś się miał bić z takiemi chłystkami? Jedna kropla twojej krwi więcej warta od nich wszystkich razem. Nic z tego nie będzie, ja na to nigdy nie zezwolę.
Usłyszano głośne stąpanie po schodach, niebawem drzwi się otworzyły i czterech wojskowych do pokoju weszło. Skłonili się Michałowi Polińskiemu. Poczem wczorajszy winowajca, odwracającsię do majora Druźbackiego.
Ponieważ, rzekł poważnie a skromnie, pana majora mam zaszczyt tutaj znaleźć, pan Poliński daruje jeżeli nie do niego, ale do najstarszego pomiędzy nami wiekiem, zasługą i rangą, głos mój obracam. Słowa usłyszane dnia wczorajszego przezemnie z ust pana Polińkiego, były słowami prawdy, zasłużyłem na nie. Jeżelim wyszedł z granic przyzwoitości i obyczajności, z postępku mojego się wstydzę, i dla tego z sobą kilku przyprowadziłem kolegów, abym w obec was wszystkich, w osobie tego zacnego młodzieńca przeprosił tę, z którą postąpiłem tak niegodnie. Nie znam jej, nie wiem gdzie jej szukać, wyznanie żalu proszę w jej imieniu przyjąć. Nie myślcie jednak, aby jakakolwiek osobista obawa do tego kroku mnie
znaglała. gdyż przyznanie się do winy większem jest nad sobą zwycięztwem, jak zwycięztwo, z narażeniem wprawdzie własnego życia, odniesione z orężem w ręku. Fanie majorze, dodał, pod twój sąd się oddaję, jeżeli znajdziesz, że poprzestać na tem pan Poliński nie może, jestem gotów na jego rozkazy.
Młody człowieku, odpowiedział major, jeżeli wczoraj postąpiono z tobą jak na to zasługiwałeś; krok twój dzisiejszy przywraca ci cały mój szacunek. Każdemu, zwłaszcza młodemu przytrafi się przeskrobać, ale kto się przyznaje do winy i szczerze za nią żałuje, temu człowiek już nie może mieć za złe, kiedy mu sam pan Bóg przebacza. Mnie zaś serce rośnie, gdy się przekonywam, że nowe pokolenie nie odrodne od dawnego, że w waszych żyłach płynie ta sama krew szlachetna, czysta, żadnem niezafarbowana zepsuciem. Panie oficerze, w imieniu panny kapitanownej Bogdańskiej przyjmuję twoje przeproszenie, a teraz panowie uściskajcie się po przyjacielsku i na tem niech będzie koniec.
Podług wymagań dzisiejszych zwyczajów i mody, cala ta sprawa i niedoszły pojedynek byłyby się zakończyły sutem śniadaniem i niejedną butelką szampana, tu poporzestano na szczerem rąk ścisnieniu. dle tego, że zebranej młodzieży przewodniczył czło-
awiek dawnej daty, stary żołnierz z napoleomskich czasów.
Na Faworach, w pobliskości tego miejsca, kędy się wznosił przed laty Rautenstraucha kształtny pałacyk pięknym otoczony ogrodem, w małym murowanym dworku mieszkał kapitan Bogdański z Maryą córką swoją. Ganek wychodzący na ulicę, ocieniony był rozłożystemi lipami. Za domem nie wielki ogród z fruktowemi drzewami i mnóstwem kwiatów. W wieczornej porze słońce już się ku zachodowi zniżało, a lekki powiew wiatru odświeżał powietrze. Major Drużbacki z kapitanem Bogdańskim, każden z fajką w ręku, siedzieli na ganku, rozmawiali z przyjemnością, widać o dawnych wojnach, bo jeden drugiemu słów z ustnie wyrywał, kiedy jeden prawił, drugi słuchał z zajęciem. Po drugiej stronie ganku Marya zajęta była robotą, a obok niej Michał Poliński czy na nią, czy na to co robiła spoglądał? nie powiem; czy oboje słuchali z uwagą opowiadania starców? nie wiem. Wiem tylko, że nad ich głowami niebo było czyste, bez najmniejszej chmurki, a w tym małym gronie, panowała swoboda, błogość i spokój!
Hieronim Bogdański ubogi ale karmazy nowy szlachcic, rodem z województwa nowogrodzkiego, odbył nauki u Jezuitów w Połocku, gdzie miał rodzonego