Zobacz też:






zatem kędy was powołuje głos silniejszy od mojej rady: pan Bóg tak chciał, niechaj się święta wola Jego stanie. W moim kantorku znajdziecie ostatnie rozporządzenie, znajdziecie dwa tysiące czrwonych złotych. Zebrałem je oszczędnością, odmówieniem sobie nieraz niejednej przyjemności, a nawet niejednej potrzeby. Podzielcie się zarówno tym szczupłym spadkiem, tym jedynym funduszem, a jeżeli przyszłość otwiera się przed wami, pomnijcie, że pierwszym waszym obowiązkiem powinna być praca. Na tym kawałku ziemi gdybyście zamieszkali, możebyście nieucierpieli głodu, ale dla was młodych za ciasna domowa zagroda; wyobraźnia wasza czegoś innego żąda, dla niej szranków nie masz. Gdyby, od czego chroń was Boże, po przebudzeniu się ze snów młodości, niesmak, znużenie, zniechęcenie, zawody, potrzeba, miały nastąpić, tu w Leśnej woli, w tym domu kędy się ojciec wasz urodził i wy na świat przyśli; obok tego smętarza, kędy kości moje spoczywać będą, znajdziecie schronienie wśród burzy, przytułek! Tu pozostawcie starego Wojciecha, powierzam go sercu waszemu; pamiętajcie o tym wiernym towarzyszu moim, on mnie nieraz własnemi piersiami zasłaniał, na krok nie odstąpił. Dajcie mu za życia wszelką wygodę,
a potem niechaj go obok mnie pochowają, niechaj nas śmierć nawet nierozdziela."
Przytłumione łkanie dało się słyszeć w pokoju. "Wojciechu", o odezwał się chory, "pójdź sam tu" Wojciech postąpił do łóżka, a padłszy na kolana, pana swojego w nogi całować zaczął. "Wojciechu!" powtórzył z rozczuleniem starzec, nie tam, nie u nóg moich, ale przy sercu właściwe dla ciebie miejsce. Stary kolego, tyś mnie rannego uniósł z placu bitwy, od śmierci ratował, i ja ci później ocaliłem życie, oddałem ci wprawdzie wet za wet, ale czyż dosyć na tem? A czemże ci zapłacę lat czterdzieści poświęcenia się bez granic? Kiedyśmy dobre i złe koleje dzielili razem, dzielili się tymże samym kawałkiem chleba, kiedyś mnie nieraz śpiącego na mrozie własnym okrył płaszczem, a sam nie lękał się zimna, bo cię ogień serca ogrzewał!" Przestał mówić, a wziąwszy Wojciecha za szyję, uściskał go serdecznie. I uroczysta była ta chwila, i rozrzewniające, to uściśnienie dwóch starców, z których jeden opuszczał życie, drugi tuląc go w swojem objęciu, chciał zatrzymywać, albo pójść z nim, byle tylko razem! Chory zmęczony długiem mówieniem, przymknął powieki, a każdy po cichu na dawne powrócił miejsce. Szarzeć już poczynało, bo słońce już było zaszło, wiatr jesienny jęczał pomię-
dzy drzewami, tylko psów szczekanie dolatywało czasami z pobliskiej wioski i odzywał się złowróżbnie grobowy głos puszczyka. Usłyszano łoskot przed domem, zatrzymała się parokonna bryczka, wysiadł z niej średniego wzrostu mężczyzna, wszedł do pokoju, a razem z nim przyniesiono światło. Był to lekarz z pobliskiego miasteczka. Usiadł przy chorym, wziął go za rękę, z uwagą w niego wpatrywał. Skoro z miejsca powstał, kazał sobie dać wody, nalał do szklanki, a wpuściwszy do niej kilka kropel mikstury, powiedział jak ją dawać miano. Potem skłoniwszy się, "Jutro powrócca rzekł i wyszedł do sieni. Wojciech wysunął się za nim. Lekarz siadając na bryczkę: "Panie Wojciechu," odezwał się po cichu, "młodych nie spuszczajcie z oka; biedne sieroty, ojciec ich niedociągnie do rana." Bryczka ruszyła z pod ganku, a Wojciech długo jeszcze stal jak wryty przed domem, paliło mu w głowie, choć do koła było wietrzno i chłodno; spojrzał w niebo: księżyc czarne zasłaniały chmury, tylko kiedy niekiedy błysnęła gwiazda i zgasła; zajrzał do serca swojego, a tam było smutno i ciężko i gorzko. "Wojciechu!" zawołał Michał ze środka. Wojciech pobiegł do pokoju, a skoro młodzieniec wskazał na łóżko, przybliżył się, oczekując na najmniejsze skinienie swojego pana. Starzec spój-
rzał na niego: "Czuję się coraz słabszym," rzeki z ciężkością. "Choć późna pora, pojedź do probostwa i poproś księdza, aby do mnie przyjechał. Niechaj się nie ociąga, bo mnie coś pilno, a kto z Bogiem, pan Bóg z nim."
Nie minęła godzina, znowu usłyszano turkot przed gankiem, a odgłos dzwonka się rozległ. Wojciech drzwi otworzył, obecni padli na kolana, chory nawet podniósłszy się nieco na łóżku, głowę na piersi spuścił; wszedł kapłan niosąc Przenajświętszy Sakrament.
Wszyscy powychodzili z pokoju, a sędziwy pasterz towarzysza lat dziecinnych, kolegę szkolnego, przyjaciela całego życia na śmierć przygotowywać zaczął; zaczęła się spowiedź. Spowiedź! jakaż myśl wielka w tem jednem słowie się mieści! Spowiedź! w której człowiek staje przed równym sobie człowiekiem, ale człowiek grzeszny wobec namiestnika Boga. Jeden ze skruchą się korzy, drugi przebacza w imieniu nieskończonej dobroci, nieskończonego miłosierdzia! Jeżeli ostatecznem wyznaniem grzechów naszych kończemy rachunek ze światem, jakąż nam siłę do opuszczenia tych których w sieroctwie zostawujemy na ziemi, jakąż nam ufność do stawania przed wiekuistym tronem nadaje sakrament ostatniego nama-