Dwaj bracia artyści : zarys życia towarzyskiego XIX wieku (Potocki Leon) str. 28
jaźni. Była smutną, a ze smutku swojego rachunku jeszcze sobie zdać nie umiała. Chcąc zatem czas zabić, kiedy go przedłużyć nie mogła, przyrządzała się, gotowała do podróży. On na kanapie siedział nieruchomy, ona w ciągłym była ruchu; i lękali się do siebie przemówić, on z bojaźni stracenia przytomności, ona stracenia odwagi. Nadszedł wieczór. Adelina po koni pocztowe posłała. Siadła przed fortepianem, smutne i żałosne przez jakiś czas brała akorda, nakoniec zaczęła śpiewać tę samą Rossyniego aryą, ktorą przed miesiącem powitała, dziś żegnała może na zawsze Andrzeja! Lecz skoro wymówiła: io tamo! on zerwał się z kanapy, ukląkł przed nią, głowę podniósł, oczy się ich spotkały! On był zalany łzami, i u niej łzy po licach spływały. Zamilkła, długo na niego patrzała, poczem obie ręce oparłszy na jego ramionach, nachyliwszy się ku niemu, głosem pochodzącym z samej głębi serca powtórzyła: io tamo! Mogła być godzina dziesiąta, słychać było pojazdy wracające z teatru. Kareta podróżna wiedeńska czterma końmi pocztowemi zaprzężona, wyjeżdżała z angielskiego hotelu. Na samym zakręcie napotkała się zmiejską karetą, obie się zatrzymały przez chwilę; gdy się zaś rozmijając zrównały, a latarnie pozapalane dozwoliły zajrzeć do środka: Emilia poznała Andrzeja
obok Adeliny, Andrzej obok niej milorda. Pojazdy ruszyiy każden w swoję stronę; Włoszka Kupidynka wywoziła z sobą, hrabina wyspiarza zawoziła do siebie.
Andrzej Poliński napisał z Krakowa do brata, prosząc o nadesłanie paszportu do Włoch, upoważniał go zarazem do wyprzedania mebli i wszelkich sprzętów pozostałych w jego mieszkaniu. O powodach tak raptownego wyjazdu nie nadmieniał w swoim liście, kończył tylko temi słowy: "Przeznaczenie gdzieś mnie daleko popycha, świat szeroki! Gdzie mnie losy zaniosą, gdzie się oprę, gdzie zatrzymam? przewidzieć nie moge. Michale! z jednego ojca i matki zrodzeni, jakże różnemi idziemy drogami! Dla ciebie spokój, dla mnie burza; ty na tej ziemi, o ile być można, będziesz szczęśliwym, a ja? Pamiętaj oranie, kochaj mnie zawsze, w modlitwach twoich nie zapominaj o bracie Andrzeju!
* * *
Minęła zima, nadeszła wiosna, a z nią zieloność, i kwiaty, i powiew ciepłego wiatru, i wesoły śpiew ptaków. W stolicy naszej wielki ruch panował, wielkie przygotowania czyniono, z dalekich nawet stron zjeżdżali się do niej swobodni wsiów mieszkańce. Bo
Andrzej Poliński napisał z Krakowa do brata, prosząc o nadesłanie paszportu do Włoch, upoważniał go zarazem do wyprzedania mebli i wszelkich sprzętów pozostałych w jego mieszkaniu. O powodach tak raptownego wyjazdu nie nadmieniał w swoim liście, kończył tylko temi słowy: "Przeznaczenie gdzieś mnie daleko popycha, świat szeroki! Gdzie mnie losy zaniosą, gdzie się oprę, gdzie zatrzymam? przewidzieć nie moge. Michale! z jednego ojca i matki zrodzeni, jakże różnemi idziemy drogami! Dla ciebie spokój, dla mnie burza; ty na tej ziemi, o ile być można, będziesz szczęśliwym, a ja? Pamiętaj oranie, kochaj mnie zawsze, w modlitwach twoich nie zapominaj o bracie Andrzeju!
* * *
Minęła zima, nadeszła wiosna, a z nią zieloność, i kwiaty, i powiew ciepłego wiatru, i wesoły śpiew ptaków. W stolicy naszej wielki ruch panował, wielkie przygotowania czyniono, z dalekich nawet stron zjeżdżali się do niej swobodni wsiów mieszkańce. Bo
wszakże to był rok 1818, a pierwszy sejm nowoodrodzonego królestwa polskiego miał się odbywać. Oczekiwany monarcha nadjechał. Usłyszeliśmy głos jego przy otwarciu narodowych obrad, a opieka ojcowska juź się czuć dawała, a błogiej przyszłości nadzieja w każdem sercu rosła. Kiedy poważni obradowali mężowie, kiedy rozlegały się w obu izbach tyle nam przypominające głosy, kiedy wojsko nasze piękną postawą, zręcznością w obrotach zachwycało wszystkich, jak niegdyś zadziwiało walecznością swoją, utworzył się długi ciąg zabaw. Obiady, wieczory, bale, bez przerwy następowały po sobie. Marszałek sejmu tak młodo a tak świetnie zaczynający swój zawód, pałacu swojego podwoje z dawną gościnnością praojców otworzył. Zagrzmiała w nim muzyka, a milczące od tak dawna starego gmachu ściany zadrżały i niejedne odezwało się echo przeszłości; jak kiedy wśród głośnych okrzyków wesołości, usłyszysz z bolejącej piersi dobywające się westchnienie!
Chociaż wszędzie wesołe, wypogodzone spostrzegałeś twarze, a szał opanował wszystkich, Michał Poliński był smutny, bo z początkiem roku umarł Bacciarelli, a on w nim stracił światłego przewodnika, opiekuna troskliwego. Był smutny, bo czuł jak pra-
Chociaż wszędzie wesołe, wypogodzone spostrzegałeś twarze, a szał opanował wszystkich, Michał Poliński był smutny, bo z początkiem roku umarł Bacciarelli, a on w nim stracił światłego przewodnika, opiekuna troskliwego. Był smutny, bo czuł jak pra-
cowity, trudny, a często niewdzięczny otwierał się przed nim zawód; był smutny, gdyż po odesłaniu bratu paszportu i pieniędzy zebranych ze sprzedaży pozostałych rzeczy, do których dołączył co tylko oszczędnością uciułać zdołał, nie wiedział odtąd gdzie się obraca. Jeżeli go jeszcze za straconego nie miał, nieszczęśliwą przyszłość przewidywał dla tego, którego tak kochał!
Uczęszczając najregularniej na kursa, pracując codziennie u siebie, towarzystwo kilku pracowitych jak on kolegów, było całą Michała rozrywką, a jedyną pociechą skoro mógł przepędzić parę godzin z majorem Drużbackim, słyszeć go rozprawiającego o dawnych czasach, korzystać z doświadczonych i rozsądnych rad starego żołnierza. Lubił teatr, ale rzadko sobie tej kosztownej zabawy pozwalał. W święta, niechże zabłyśnie pogoda, ruszał do Willanowa, gdzie w bogatej galeryi obrazów czerpać mógł wzory. Zapoznawszy się z panem Vilanim dyrektorem galeryi Ossolińskich, do niej także wstęp znalazł. Dwie godziny dawanych lekcyj po mieście, wystarczały na skromne jego potrzeby. A tak przy ciągłem zatrudnieniu szedł dzień za dniem, rok prędko mijał.
Był czas, kiedy u nas kobieta choćby gładka i młoda, mogła spokojnie nietylko w dzień ale i w nocy sama
Uczęszczając najregularniej na kursa, pracując codziennie u siebie, towarzystwo kilku pracowitych jak on kolegów, było całą Michała rozrywką, a jedyną pociechą skoro mógł przepędzić parę godzin z majorem Drużbackim, słyszeć go rozprawiającego o dawnych czasach, korzystać z doświadczonych i rozsądnych rad starego żołnierza. Lubił teatr, ale rzadko sobie tej kosztownej zabawy pozwalał. W święta, niechże zabłyśnie pogoda, ruszał do Willanowa, gdzie w bogatej galeryi obrazów czerpać mógł wzory. Zapoznawszy się z panem Vilanim dyrektorem galeryi Ossolińskich, do niej także wstęp znalazł. Dwie godziny dawanych lekcyj po mieście, wystarczały na skromne jego potrzeby. A tak przy ciągłem zatrudnieniu szedł dzień za dniem, rok prędko mijał.
Był czas, kiedy u nas kobieta choćby gładka i młoda, mogła spokojnie nietylko w dzień ale i w nocy sama


