Zobacz też:






szli ludzie, kędy tłum, gwar, roztargnienie znaleść mogłam. Przebiegając pędem wiatru drogę do Bielan, brat twój ukłonił się przechodzącemu, zapytałam komu? nazwał ciebie i odwróciłam się w twoją stronę, oczy się nasze spotkały po raz drugi, bom poznała w nich tenże sam wyraz żalu, z jakim w Wierzbnie z po za okna patrzałeś na brata, gorzkiego wyrzutu, z jakim po raz pierwszy wtedy spojrzałeś na mnie."
"Żal może był przeczuciem tego co nastąpić miało." rzekł Michał wskazując ręką na łoże boleści.
"A wyrzut?" zapytała Emilia. Michał spuścił oczy, nieodpowiedział.
"Widzę, — odezwała się znowu, — że mnie potępiasz, przed wysłuchaniem usprawiedliwienia, wszakże to nawet zbrodniarzowi zostawione prawem. Fanie Poliński, szczerze i otwarcie mówić będę z tobą, bo chociaż jeszcze bardzo młodym jesteś, wzbudzasz we mnie nieograniczone zaufanie; chiałabym zasłużyć na twój szacunek. Ksiądz u konfesyonału w imieniu Boga grzesznikowi przebacza, a czemużby człowiek odmawiał pobłażania temu, co się ze skruchą przyznaje do winy? Kiedy poznałam twojego brata, jego dziecinna, tak urocza młodość podobała mi się od razu, spojrzałam na niego z wesołym uśmiechem; ale się ten uśmiech wnet zamienił w zajęcie, skorom
odkryła sierotę rzuconą w odmęt świata bez opieki, podpory i rady, wystawioną na wszelkie pokusy, niebezpieczeństwa. Uczułam w sobie głos wewnętrzny wołający na mnie: ty mu bądź opieką, podporą, radą; i odsłoniło się we mnie posłannictwo nowe, łechcące miłość własną, pochlebiające kobiecie! Otuliłam sierotę moją przyjaźnią, doświadczeniem moie drogo okupionym, od grożących burz życia ochronić chciałam. Jeżeli z przyjaźni do miłości krok tylko jeden, a przestąpić go tak łatwo i przestąpiłam go: w tem cała moja wina. Daleko starsza od twojego brata, już czułam w sobie wszystko skamieniałe, zlodowaciałe, zamarłe. Ale cóż się oprzeć zdoła silnej, niczem nie skrępowanej, pierwszej młodzieńca miłości? Kamień się poruszył, lód roztopniał, wróciło życie. Gdybym o lat 10 była młodszą, Andrzej już byłby mężem, a ty bratem moim; teraz zaś gdybym to uczyniła, i cóżby nastąpiło z tego? że skoroby z dziecinnego wieku wyrósł, do dojrzałości doszedł, z odrazą może ujrzałby mnie zgrzybiałą: ślubny pierścień zdałby mu się żelazną obrożą, i wszystkoby w nim z kolei skamieniało, zlodowaciało, zamarło!"
Przestała mówić, a Michał słuchał jej jeszcze z zadziwieniem, powiem nawet ze wzruszeniem, bo ko-
goż nic wzruszy kobieta jeszcze młoda, piękna, przyznająca się do winy, schylająca głowę z pokorą przed prawie nieznajomym, daleko młodszym od siebie, jakby przed najwyższym sędzią, przed wyrokiem sprawiedliwości? I chociaż potępiać ją musiały głęboko wszczepione zasady religii i moralności, pomiędzy niemi już się wymykało może z serca przebaczenie.
Jakże ona Andrzeja musi kochać, rzekł sam do siebie, kiedy dla niego poświęca położenie towarzyskie, dobrą sławę, spokój wewnętrzny; przytłumia głos sumienia; lęka się nawet u stóp ołtarza uprawnić nieprawość postępowania swojego, z bojaźni, aby mu nie zawiązać przyszłości; wyrzeka się szczęścia dla siebie, aby on z jej przyczyny kiedyś nieszczęśliwym nie został!
Emilia tą przenikliwością tak kobiecą, zrozumiała milczącą mowę Michała, odkryła przychylność uczucia, i jakby galwaniczną silą dotknięta, wyprostowała się na krześle, oczy jej błysnęły ogniem, chciała coś mówić, nie mogła, i to, co się w niej podówczas odezwało, owa zagadka kobiecego serca uchwyconą, odgadniętą nie została; bo któż uchwycić zdoła chmurę huraganu pędem gnaną, kto odgadnie to, co bezdeń w sobie zawiera?
Dopiero gdy wróciwszy do dawnego od niechcenia, gdy na nowo się rozparła na puchowych poduszkach: "Panie Michale", zapytała jakby z żalem, "czemużeśmy się wprzódy nie znali?" I wyciągając ku niemu rękę, on się jej ręki dotknął, i ręka jej była gorąca, jego ręka jak lód zimna, i ona ciepłem swojem zaczynała go ogrzewać, on ją swym chłodem ziębił: "Powiedz mi proszę" dodała, "czyś się dotąd jeszcze nigdy nie kochał?"
"Nigdy" odpowiedział.
"A czy wiesz, że pierwsza miłość najsilniejszą?"
"Podobno pierwsza i ostatnia, wyrzekł nie podnosząc oczu, bo pierwsza wszystko oddaje, nic zachować nie umie, druga nie puszcza, chciałaby wszystko zatrzymać. " Przestał mówić, a skoro po niejakim milczeniu podniósł głowę, ujrzał Emilię całą zalaną łzami; i niepojęte ogarnęło go uczucie, serce się ścisnęło, krew uderzyła do głowy, bladość twarz okryła, zadrżał; w tem jęk boleści doszedłszy do niego z drugiego pokoju, całą mu przytomność przy wrócił.
W tej chwili rozległ się turkot zajeżdżającego pojazdu, pojazd się przed domem zatrzymał, dnieć poczynało.
"Jak się masz Emilko!" rzekł do hrabiny Nowodworskiej Józef Czekierski wchodząc do pokoju i po-