Zobacz też:






wieli, bo myśl, że nazajutrz walczyć będzie w obronie kochanki, rozpromieniała młodzieńczą jego wyobraźnię.
Zaledwo pierwsze promienia wschodzącego słońca poczynały ozłacać piękny wiosenny poranek, książę Hilary z Andrzejem Polińskim wjeżdżali konno do bielańskiego lasu. Zwilżona nocną rosą przyroda, zdawała się z wesołością uśmiechać, oddychać szczęściem. W pobliskich wsiach rolnicy z chat wychozili do pracy, w gęstwinie słowik kochance śpiewał, z kościelnej wieży srebrny odgłos dzwonu wiernych na modlitwę wzywał. O kilkaset kroków z tamtąd dwóch młodych ludzi, zaledwo wstępujących w życie, z bratobójczą bronią w ręku spotykać się mieli. Bronić siebie, wrodzonym instynktem zachowawczym człowieka; bronić drugich, koniecznym wypływem z przykazania: Kochaj bliźniego jako siebie samego: bronić własną ziemię, uczuciem wypielęgnowanemu w sercu; ale dla przesądów i wymagań tak zwanego punkt honoru zabijać, jest zawsze morderstwem. Zabójstwo w pojedynku dlatego może, że się dopełnia z narażeniem własnego życia, uchodzi bezkarnie, kiedy pospolitego zabójcę społeczne prawo na rusztowanie odsyła.
Podporucznik od szaserów z kapitanem z tegoż samego pułku już oczekiwali na przeciwników swoich.
Po zwykłych wzajemnych ukłonach, gdyż idąc nawet na śmierć, dopełnienie ścisłych wymagań grzeczności jest obowiązkiem dobrze wychowanych ludzi: "Panowie!" rzekł książę Hilary, ostawać w obronie powierzonego sobie honoru, powinnością każdego sekundanta; sumienie jednak nakazuje, nie dopuszczać krwi rozlewu przed użyciem wszelkich godziwych sposobów możliwego pojednania. Obraza jakiej doznał Andrzej Poliński, podług mnie nie jest tego rodzaju, aby za wspólnem porozumieniem zagodzoną być nie mogła. Nieraz jedna myśl źle wytłumaczona, jedno słowo nierozważnie powiedziane, wzbudza gniew i o zemstę woła. Wyjaśnijmy myśl, wyznajmy że słowo nie miało obrazy na celu, a spodziewam się, że  wypuściwszy z rąk oręż, podacie je sobie po przyjacielsku."
"Dzielę," odezwał się kapitan, "rozsądne zdanie księcia. Dawny żołnierz, znam prawa i wymagania honoru, ale wiem zarazem, że te nam nakazują przedewszystkiem oszczędzać krew bratnią. Nie na to dane nam życie, abyśmy je za byle co narażać mieli, może nas Pan Bóg do czegoś lepszego przeznaczył."
"Nie przyszedłem tutaj na kazanie," zawołał zniecierpliwiony Andrzej; "zawzięty jednak nie jestem, jeżeli zatem pan podporucznik osobę, którą we mnie
obraził, przeprosi przy świadkach, wezwanie moje cofnę."
"Pana Polińskiego nie miałem na myśli obrażać," odpowiedział podporucznik, "co się zaś tyczy kochanki pańskiej, skoro jego miejsce zastąpię, będę miał dosyć czasu ją przeprosić," i szyderskim uśmiechem zakończył te słowa.
"Mości książe," krzyknął Andrzej, "dosyć tych żartów, proszę pistolety nabijać."
"Do broni!" odezwał się podporucznik.
Sekundanci nic już nie odpowiedziawszy, pistolety nabili, odmierzyli dwanaście kroków, przeciwników postawili na naznaczonych miejscach i na komendę za trzecim razem usłyszano jednocześnie dwa wystrzały. Andrzej Poliński upadł na ziemię. W tejże samej chwili rozpędzona dorożka zatrzymała się o parę set kroków od placu walki. Młody człowiek z niej wyskoczył, drugi już podeszłego wieku za nim i w mgnieniu oka Michał Poliński klęczał przy bracie a major Drużbacki stał nad niemi. Andrzej ugodzony w bok prawy, kula pomiędzy żebrami ugrzęzła; żył jednak, krew lała się z rany strumieniem, był bez przytomności. Żadna wzajemna wymówka uczynioną nie została, gdyż czyn był dokonanym, uroczyste panowało milczenie! Obwiązawszy ranę o ile mogli
najlepiej, nowo przybyli zanieśli Andrzeja do doróżki, siadł z nim Michał i zwolna zawrócił ku miastu. Książę z majorem konno pojechali za niemi, podporucznik z kapitanem inną drogą opuścili Bielany.
 
* * *

W pokoju na wpół oświeconym zasłoniętą lampą, w ciemnej sukni, z gołą głową, młoda kobieta siedziała a raczej leżała w wygodnem krześle. Ta twarz blada, oczy przymknięte, włosy na białą szyję spadające w nieładzie, były oznaką znużenia. Duże bezsenne przepędziła noce. Obok niej na kanapie młody człowiek opierał głowę na ręku, a głęboka boleść odbijała się w pięknych rysach jego twarzy. W drugim pokoju, przez drzwi roztwarte widać było łóżko, na nim spoczywał Andrzej Poliński. Noc była późna, głęboka, cichość przerywana tylko przyspieszonem odetchnieniera chorego. "Przeczucie serca natchnione smutkiem, prawie nigdy nie myli," rzekła cichym głosem hrabina Nowodworska do Michała Polińskiego, jakby we śnie magnetycznym, niepodnosząc nawet oczu. Michał spojrzał na nią, milczał. "Temu niedawno," mówiła dalej, "coś mnie niepokoiło, dręczyło, bolało, może bez przyczyny; czułam, że potrzebuję roztargnienia, ludzi, tłumu, gwaru, i udałam się kędy