Dwaj bracia artyści : zarys życia towarzyskiego XIX wieku (Potocki Leon) str. 2
Le honheur ne se trouve ni dans la
gloire, ni dans les succes du monde
ni meme dans l'amour, ni dans la
vie de familie. Où douc le chercher?
Ostatnie promienia zachodzącego słońca oświecały nie wielką izbę. Białe ściany, podłoga z desek, pułap zamiast sufitu, sprzęt prosty, było tam ubogo ale chędogo. Pomiędzy oknami, przy stoliku siedział osiemnastoletni młodzieniec, głowę opierał na ręku. Gęste jasne włosy w nieładzie blade okrywały czoło, w niebieskich oczach odbijał się wyraz żalu, a głębokie westchnienie wydobywało się z piersi przepełnionej cierpieniem. O podał przed kanapą klęczał drugi młodzieniec, o lat parę starszy, gorąco się modlił. prosił; a prośba jego szła do nieba, spływała nazad nadzieją, nadziei jeszcze nie tracił. Gdyby kto był zajrzał w te dwie twarze tak od siebie odmienne, w drugą z temi pięknemi rysami, z tem czarnem
okiem, czarnym okoloną włosem, coś tak męzkiego mająca, w sobie, gdy pierwsza cos tak dziecinnego, kobiecego przedstawiała, byłby jednak pewne podobieństwo znalazł: byli to bowiem dwaj bracia rodzeni: ojciec ich na łóżu boleści złożony, dogorywał.
Obok drzwi wchodowych, o piec oparty, stal wysokiego wzrostu, z siwą głową siedmdziesięcioletni starzec. Po tym granatowym spancerku, na jeden rząd guzików zapiętym, po tych szarych raj tuzach z amarantowym lampasem, po tej wyprostowanej postaci, którą, ani odniesione rany, ani lata, ani niewygody życia żołnierskiego, ani obecne nawet nieszczęście ugiąć nie zdołały: można było poznać jednego z tych tak słusznie namaszczonych przezwaniem wiary! W koło siebie smutno spoglądał, a po długich białych wąsach gorzka łza kiedy niekiedy spływała! Nic tak nie porusza jak widok płaczącego starca, zda się, że natura ostatnich sił żywotnych dobywa, że to są ostatnie krople już wysychającego źródła. Na łóżku zastawionem parawanem od drzwi i od okien, leżał ten, którego stratę przeczuwano, opłakiwano zawczasu: życie walczyło ze śmiercią, śmierć brała górę. I smutno w tej izbie było, głuche panowało milczenie, przerywane tylko jednostajnem uderzeniem na ścianie zawieszonego zegaru. I dzień już się miał ku końcowi i
Obok drzwi wchodowych, o piec oparty, stal wysokiego wzrostu, z siwą głową siedmdziesięcioletni starzec. Po tym granatowym spancerku, na jeden rząd guzików zapiętym, po tych szarych raj tuzach z amarantowym lampasem, po tej wyprostowanej postaci, którą, ani odniesione rany, ani lata, ani niewygody życia żołnierskiego, ani obecne nawet nieszczęście ugiąć nie zdołały: można było poznać jednego z tych tak słusznie namaszczonych przezwaniem wiary! W koło siebie smutno spoglądał, a po długich białych wąsach gorzka łza kiedy niekiedy spływała! Nic tak nie porusza jak widok płaczącego starca, zda się, że natura ostatnich sił żywotnych dobywa, że to są ostatnie krople już wysychającego źródła. Na łóżku zastawionem parawanem od drzwi i od okien, leżał ten, którego stratę przeczuwano, opłakiwano zawczasu: życie walczyło ze śmiercią, śmierć brała górę. I smutno w tej izbie było, głuche panowało milczenie, przerywane tylko jednostajnem uderzeniem na ścianie zawieszonego zegaru. I dzień już się miał ku końcowi i
wnet wybić miała ostatnia godzina niczem nie skalanego życia, życia bez wyrzutu i bojaźni! Lekkie poruszenie na łóżku słyszeć się dało, synowie czem prędzej zbliżyli się do ojca. Ociężałe podniósł powieki, kościstą do nich wyciągnął rękę. Obydwa przy łóżku uklękli, a on przerywanym, osłabionym, gasnącym głosem: "Dzieci moje, — rzekł do nich, — czuję, że się do kresu już zbliżam, że chwila nadeszła, w której pożegnać was, zostawić o własnych siłach, bez opieki, bez rady, bez przyjaciela przychodzi, ale Bóg nad wami czuwać będzie. Nie zapominajcie o nim w dobrej przygodzie, w zlej uciekajcie się do niego, pamiętajcie, że kto zachował miłość, wiarę i nadzieje, tego upadającego niewidzialna ręka zatrzyma, ten w nieszczęściu znajdzie pociechę, ten we własnem sercu znalazłszy moc do wytrwania uzbroi się przeciwko rozpaczy. Pamiętajcie, aby miłość braterska łączyła was zawsze, opierając się jeden na drugim siły wasze podwojonemi zostaną. Nie zostawiam wam majątku prócz tego kawałka ziemi i tej ubogiej chaty, nic więcej nie odziedziczyłem po ojcu, a lat dwadzieścia służąc krajowi wiernie i poczciwie, przysporzyć nie byłem w stanie. Wychowawszy was w bojaźni Boga, w przywiązaniu do wiary i do ziemi ojców waszych, starałem się zawsze usposobić do pożytecznego zawodu,
w którym na przyszłość zapracowany kawał chleba moglibyście znaleźć. Ciebie Michale, pierworodny mój synu, życzyłem widzieć rolnikiem, bo kto ziemię własną uprawia, z głodu nie umrze, komu Bóg oddał w opiekę pracujących z potem czoła dla niego, ten jeżeli ich ojcem się stanie, wszakże idzieci w nich znajdzie. Andrzeju ciebie kierowałem na obrońcę prawa, bo stawać w obronie niewinnie uciśnionego, pokrzywdzonego, bronić słabszego przeciwko silniejszemu, jest to piękne powołanie, wielkie posłannictwo na ziemi! Wrodzone zdolności przeciwne moim zamiarom, inną wam wszkazały drogę. Malarstwo i muzyka będą więc waszym zawodem, życie artysty przeznaczeniem. Ale czy wiecie co to jest życie artysty? On się karmi natchnieniem, a goni za sławą! w piersiach jego wre wulkan, natchnienie jest ogniem, a sława dymem, skoro ogień wygaśnie a dym wiatr rozniesie, zostanie próżnia. I ja przez lat kilkadziesiąt ubiegałem się za tem mamidłem co go zwą sławą, innego wprawdzie rodzaju, gdyż mnie nie popęd wybujałej wyobraźni, powinność wskazywała drogę; i cóżem zyskał? rany. przedwczesną starość, ubóstwo! Ależ przeznaczeniem swojem któż się rozminąć może? wstrzymywać to co mimowolnie nawet popycha, niebezpiecznie, bo chcąc ogień przytłumić, można go na zawsze zagasić. Idźcie


