Zobacz też:






kała się para. Czarująca wdziękiem, nęcąca powabem z gibkością zgrabnego ciała, w całem znaczeniu wyrazu,  hoża polska dziewica, małą nóżka, nie dotykając się nawet posadzki, znikała nam z oczu, a wszystkie oczy za nią goniły, doganiały, aby ją stracić na nowo; i kiedy czasami jakby cień niechęci któremu z nas zachmurzał czoło, z przeczuciem odwracała się wtedy i jednem spojrzeniem rozpędzała chmury, bo ją wszyscy kochali, nikt się na nią gniewać nie mógł! i ten co z nią tańczył był także ulubieńcem całej młodzieży, piękny, miody, on nas wesołością swoją rozweselał, dowcipem ożywiał, rozumem zadziwiał i pomimo że pomiędzy nami trzymał pierwszeństwo, zazdrości nie wzbudzał, bo i jego wszyscy za równo kochali! Spoglądając na tę piękną parę, wołaliśmy chórem: oni stworzeni dla siebie! nie domyślaliśmy się nawet, że jej przeznaczeniem było inne posłannictwo, jego posłannictwem spokój i szczęście domowe. Skoro się starzy zejdą, zasiądą do koła kominka i o dawnych czasach rozprawiać zaczną, dowodzą, że dawniej było swobodniej, weselej, lepiej się bawiono, kobiety były piękniejsze, grzeczniejsze; lepsze były czasy. Niechże ich miody usłyszy, jakąż uczyni, może słuszną, uwagę? "Dawniej było wam swobo-
dniej, weselej, lepiej, boście byli młodemi i my jak się zestarzejem tę samą zaśpiewamy piosnkę.
Niestety nie zaśpiewacie! na dowód czego, was samych biorę za sędziów w mojej z wami sprawie. Ze starym było lepiej kiedy młodemi byli, wyznaję; tak bywało ale z wami nic będzie, bośmy doszli do tego, że skoro my starzy powtarzamy, ze za naszych czasów, wy dodać sumiennie musicie, za waszych czasów było lepiej. Dawniej młodzież żyła na dzisiaj bez troski, bo miała uśmiechający się pogląd na jutro, miała myśl wesołą, bo serce swobodnie w piersiach biło. Młodzieniec czemże jest dzisiaj? przedwczesnym starcem myślą i czuciem; podobnym do tej rośliny, którą jeszcze przed rozkwitnieniem wiatr północny zmroził albo robak zepsucia stoczył. Młodzież dzisiejsza tak jest wychowaną, że w sobie samej nie ma zasobu, napróżno szuka zajęcia; bez otwartego przed sobą zawodu, miłość własna w niej usycha, wrodzone zdolności tępieją, i albo zagrzebana po wsiach idąc za pługiem rdzewieje, albo po biurach pruchnieje, albo w miastach przy zielonym stoliku lub za kulisami traci majątek i zdrowie. Przedwcześnie rozczarowana, z wątpieniem zachwiana, w naszych wspomnieniach jedyną czerpie pociechę, odblaskiem naszej młodości jedynie ogrzana, powtarzać musi z westchnieniem: za wa-
szych czasów było lepiej! Za naszych czasów młodzież gruntowne zasady czerpała w domu, w szkołach podżegana emulacyą, uczyła się dobrze, a skoro szkoły skończyła i wyszła z domu nie emancypowała się po dzisiejszemu zerwaniem wszystkich związków, przestąpieniem wszelkich granic, ale związki węzłem przyjaźni wzmacniała i pomimo niejednego krwi gorącej wybuchu, pełnej wyobraźni głowy wyskoku, pozostawała zawsze w granicach przyzwoitości. Za naszych czasów młodzież między sobą była ze szczerą poufałością, dla płci pięknej grzeczna, uprzejma, nadskakująca, podobać się chciała, umiała; było tez dla kogo, bo jeżeli przy końcu XVIII, stulecia kobiety nasze słusznie może zalotnemi nazwano, na początku teraźniejszego utworzono dla nich nieznany dotąd w dykcyonarzu polskim wabności wyraz! Ileż to niewinnych żartów, dowcipnych i wesołych pomysłów, zabawnych anegdot możnaby z owych czasów przytoczyć! dałyby poznać ówczesnego ducha, a jeżeli i wtedy czasami sercowe uczucie lub za takie uchodzące niejednemu mężowi napędziło kłopotu, uczyniło psotę, wszystko się odbywało, że tak powiem, w dobrym stylu, w dobrym smaku, ukrywając pod zasłoną przyzwoitości to, co w rzeczy samej nic zupełnie przyzwoitem było.
Razu pewnego w piękny majowy poranek, kilkunastu młodych ludzi wyszedłszy za miasto na spacer, zmyśloną układają kłótnię i pojedynek. Posyłają po pistolety z zastrzeżeniem, aby tajemnica niezupełnie zachowaną została. Po godzinnem oczekiwaniu przyniesiono mordercze narzędzia. Sekundanci plac obierają, mierzą, przeciwników stawiają, uzbrajają bratobójcze dłonie. Znak dany, słychać dwa wystrzały: jeden zabity. Sprowadzona dorożka trupa odwozi do domu, reszta się towarzystwa rozchodzi. Wiadomość pojedynku i śmierci wnet po Warszawie gruchnęła, powiadano nawet że się niejedna łezka za zabitym wylała. Tegoż samego dnia pojedynkowa rzesza ułożyła się między sobą gdzie ma wieczór przepędzić, pewna, że wieść o okropnym wypadku jej przybycie uprzedzi. W salonie hrabiny X. znajdowało się kilkanaście osób z zachmurzonem czołem, smutną myślą; rozmawiano o pojedynku, i każdy lub każda niekorzystne na karb naszej młodzieży uwagi czynili. Hrabianki w pokoju nie było, "głowa ją boli" oznajmiła matka. W tem wchodzi jeden z sekundantów; wszyscy spojrzeli po sobie, na wesoły ukłon zimnym odpowiedzieli ukłonem, rozmowa przerwana już się nie kleiła, nikt słów nie znajdywał, każdy był pod wpływem przykrego wrażenia. W kilka minut później